Rozdział drugi
Znowu to samo... Wnerwiający budzik obudził mnie o nieprzyzwoicie wczesnej porze. Z westchnięciem godnym konającego leniwca zsunęłam się z łóżka i poszłam do kuchni.
Herbata. Potrzebowałam herbaty. Dużo herbaty. Najlepiej z cytryną. Wstawiłam wodę i sięgnęłam do lodówki po cytrynę, ale...
- KURWA MAĆ!!! KTO MI ZAJEBAŁ MOJĄ CYTRYNĘ?! - wrzasnęłam na całe mieszkanie, ale po chwili przypomniałam sobie, że mieszkam sama. No tak... Muszę się wybrać do sklepu, ale najpierw muszę się ubrać. Nie...
Wreszcie doszłam do sklepu. Szybko odnalazłam cel mojej wycieczki, czyli dział z cytrynami. Tylko którą wybrać? Zaczęłam macać owoce by sprawdzić, która cytryna będzie najodpowiedniejsza. Nagle jedna z nich wypadła mi z ręki i potoczyła się po podłodze. Wysapałam w irytacji jakieś przekleństwo i schyliłam się by podnieść owoc, który zamierzałam kupić, ale w tej samej chwili w polu mojego widzenia pojawiła się para czarnych konwersów. Po chwili jakiś chłopak schylił się i podał mi moją cytrynę. Spojrzałam na niego zamierzając podziękować, ale słowa zamarły mi w gardle. Chłopak był nieziemsko przystojny. Jego czarne, przydługie włosy opadały swobodnie, blada cera wręcz lśniła w świetle sklepowych lamp, malinowe, stworzone do całowania usta rozciągnięte były w lekkim uśmiechu, a czerwone niczym płatki świeżo zerwanej róży oczy wpatrywały się we mnie z tajemniczym błyskiem... Przełknęłam ślinę. Seksowny...
- Następnym razem uważaj, królewno - puścił mi oczko i zwilżył wargi językiem. Jak seksownie! - Jestem Ronnie...
- A... Anastazja... - wychrypiałam, wciąż nie mogąc oderwać od niego wzroku.
- Więc... Do zobaczenia, Anastazjo - wstał i odszedł w stronę lodówek. Odwrócił się jeszcze na chwilę i radośnie pomachał. Przełknęłam ślinę i wreszcie wstałam. Gdyby moja wewnętrzna bogini posiadała przyrodzenie z pewnością dostałaby erekcji.
- Do zobaczenia... Ronnie - szepnęłam ściskając cytrynę, którą mi podał. Ronnie... Jakie to piękne imię... Chyba właśnie znalazłam swój ideał...
Wreszcie doszłam do sklepu. Szybko odnalazłam cel mojej wycieczki, czyli dział z cytrynami. Tylko którą wybrać? Zaczęłam macać owoce by sprawdzić, która cytryna będzie najodpowiedniejsza. Nagle jedna z nich wypadła mi z ręki i potoczyła się po podłodze. Wysapałam w irytacji jakieś przekleństwo i schyliłam się by podnieść owoc, który zamierzałam kupić, ale w tej samej chwili w polu mojego widzenia pojawiła się para czarnych konwersów. Po chwili jakiś chłopak schylił się i podał mi moją cytrynę. Spojrzałam na niego zamierzając podziękować, ale słowa zamarły mi w gardle. Chłopak był nieziemsko przystojny. Jego czarne, przydługie włosy opadały swobodnie, blada cera wręcz lśniła w świetle sklepowych lamp, malinowe, stworzone do całowania usta rozciągnięte były w lekkim uśmiechu, a czerwone niczym płatki świeżo zerwanej róży oczy wpatrywały się we mnie z tajemniczym błyskiem... Przełknęłam ślinę. Seksowny...
- Następnym razem uważaj, królewno - puścił mi oczko i zwilżył wargi językiem. Jak seksownie! - Jestem Ronnie...
- A... Anastazja... - wychrypiałam, wciąż nie mogąc oderwać od niego wzroku.
- Więc... Do zobaczenia, Anastazjo - wstał i odszedł w stronę lodówek. Odwrócił się jeszcze na chwilę i radośnie pomachał. Przełknęłam ślinę i wreszcie wstałam. Gdyby moja wewnętrzna bogini posiadała przyrodzenie z pewnością dostałaby erekcji.
- Do zobaczenia... Ronnie - szepnęłam ściskając cytrynę, którą mi podał. Ronnie... Jakie to piękne imię... Chyba właśnie znalazłam swój ideał...
Komentarze
Prześlij komentarz